Iwona Kmita

Matka, żona, redaktorka.

Łatwo przyszło, łatwo poszło

Słyszałam niedawno w autobusie ciekawą rozmowę. Siedząca obok mnie młoda, ok. 30-letnia kobieta głośno opowiadała koleżance o grillu, który ostatnio urządziła z mężem. Drugim, jak się zorientowałam. Tak, Jacek przyszedł – przekonywała – i ona też. Wiesz co, odkąd się rozstaliśmy to znowu nam się dobrze rozmawia. A ta jego Ola jest całkiem sensowna.

Taka oto sytuacja – przy jednym stole spotyka się ona i jej drugi mąż z jej byłym i jego nową partnerką. Czasem dołącza pierwsza żona drugiego męża z obecnym facetem. W pokoju obok bawią się ich wszystkie dzieci. Wymyślone? Nie do końca.

Młodzi łatwiej się teraz rozstają i każde idzie w swoją stronę. Nie udało się? Trudno. Następnym razem może będzie lepiej. Tworzą nowe związki, biorą kolejne śluby. I z nowym partnerem chcą mieć własne dziecko. Tak zwane rodziny patchworkowe rozrastają się, doszywane się kolejne kawałki. Co więcej – często ci którzy się ze sobą rozstali dopiero teraz mają świetne relacje z byłymi partnerami, przyjaźnią się, spotykają towarzysko ze sobą i z nowymi rodzinami swoich eks. Przyjaźnią się też ich dzieci. Odnoszę czasem wrażenie, że budowanie patchworkowych rodzin niemal leży w dobrym tonie, że stało się modne i świadczy o nowoczesnym podejściu do życia.

Dla mnie to nowe zjawisko. Przede wszystkim my kiedyś tak łatwo się nie rozstawaliśmy. Na dobre i na złe znaczyło, że trzeba próbować się dogadać, razem przejść trudne momenty. Rozwód, rozstanie były ostatecznością. Daleka jestem od krytyki tzw. Dzisiejszych czasów. Szanuję wybory innych ludzi, ale nie wiem, czy byłabym w stanie sama żyć w podobnych relacjach. Nie wyobrażam sobie, żeby spotykać się towarzysko z kimś, kogo kiedyś kochałam, kto jest ojcem moich dzieci. Myślę, że by mnie bolało, że nam się nie udało i każde takie spotkanie by tylko o tym przypominało. Tak właśnie czuję i czasem nawet podejrzewam, że te patchworkowe nici to bardziej cerowanie na siłę. Tyle, że gdy się popruje będzie bolało. Zwłaszcza dzieci, które znów stracą coś ważnego. Czy dla nich rzeczywiście jest fajnie mieć dwa domy, u mamy i taty? Dwa pokoje, dwa komplety zabawek, ubrań, itd? Cztery babcie i czterech dziadków? Dzieci są najważniejsze, muszą czuć się kochane, spotykać często z rodzicem, który już z nimi nie mieszka, spędzać z nim święta, część wakacji itd. To bez dyskusyjne. Ale drugi dom? Wspólne spotkania obu rodzin? Sorry, dla mnie… za dużo. Ale może się mylę????

Co o tym myślicie, jakie macie doświadczenia?

« »

Copyrights by Iwona Kmita. Theme by Piotr Kmita - UI/UX Designer Warszawa based on theme by Anders Norén